W pierwszych miesiącach nikt nie chciał kupować Kalendarza…
Taka jest prawda. Początki były absurdalnie trudne, ale nagle okazało się, że nad KSM czuwa opatrzność… Dosłownie! A może nawet opaczność!
Poznaj tę anegdotę… Jacek publicznie nigdy o niej nie opowiadał. Jest rok 1991, pierwsze wydanie ma 100 tysięcy nakładu i trafia do wydawnictwa.
Hurtownicy i księgarze nie chcą jednak sprzedawać tej książki: nie wierzą w jej sukces… Jest zbyt bezczelna, mówią, a po cichu dodają – i za mało wychowawcza…
Jak było? Czytaj…
Anuszka: Rozumiem, że nie byliście przygotowani do sprzedaży? Jak się dysponuje takim nakładem? Umowy z hurtowniami, księgarniami, jakaś logistyka? Tak?
Jacek: I tak, i nie. Mieliśmy kilku hurtowych odbiorców, ale oni, jeszcze nie znając produktu, byli ostrożni w zamówieniach. Chcieli brać po sto, po pięćdziesiąt egzemplarzy. Na próbę. Księgarze podobnie, choć jeszcze mniej. Nie spałem po nocach, próbując to ogarnąć – telefony się grzały, ale zamówienia wcale nie rosły. Wszyscy brali, ale śladowe ilości.
Ciężarówką przywieźliśmy z drukarni jedną dziesiątą głównego nakładu. Kalendarz trafił do pierwszej księgarni, potem do drugiej… Zainteresowanie było takie sobie. Przygotowaliśmy plakaty reklamowe, banery, ale nic nie działało. W pierwszym tygodniu sprzedaż prawie nie drgnęła, choć zebraliśmy kilka życzliwych recenzji klientów. Niektórzy księgarze pocieszająco tłumaczyli, że trzeba poczekać na powrót młodzieży z wakacji, inni jawnie KSM bojkotowali.
Szybko zrobił się sierpień, a my nadal staliśmy w miejscu. I wtedy zdarzył się CUD.
Cała drżę.
Od 10 do 15 sierpnia 1991 roku w Częstochowie odbywały się Światowe Dni Młodzieży. Pojawiło się na nich ponad półtora miliona osób z całej Polski, wszystkie w oczekiwaniu na Papieża. Dwie dobre dusze z naszej redakcji, Jaś i Małgosia, dostrzegły w tym swoją – i naszą – nadzieję.
Wzięli kolegę z dużą ciężarówką, załadowali w Bydgoszczy prawie dziesięć tysięcy egzemplarzy Kalendarza i ruszyli do Częstochowy. Przyjechali nocą, o świcie wystawili przed samochodem dwa małe, turystyczne stoliki i…
I…?
Wieczorem zadzwoniła do mnie Małgosia. Była tak rozemocjonowana, że długo nie mogliśmy dojść do porozumienia. Myślałem, że coś im się stało, a ona po prostu błagała mnie o wsparcie:
– Zrób coś, Jacuś, proszę, zadzwoń gdzieś, znajdź tego dyrektora z drukarni i powiedz, żeby ktoś nam otworzył magazyn – krzyczała do słuchawki telefonu. – Wysłaliśmy już do niego drugi samochód, niech zapakują tyle kalendarzy, ile się da i niech jadą z tym do Częstochowy!
– A co tam się dzieje? Kupują?
– Czy kupują?! Jacek! Tu jest istne szaleństwo! Tu się sprzedają tylko dwie rzeczy – medaliki i kalendarz! Kalendarz i medaliki! Każdą ilość możemy sprzedać! Każdą!
Ile sprzedaliście?
Tyle, ile udało się dowieźć. Ponad 20 tysięcy egzemplarzy. Przez trzy dni, bo w ostatnim dniu nie było już czym handlować. Za to nazajutrz po Światowych Dniach Młodzieży rozdzwoniły się telefony. Z każdego końca Polski. Dzwonili księgarze, hurtownicy, pośrednicy. Dawali coraz lepsze warunki, chcieli brać każdą ilość.
Te same hurtownie, które wcześniej kręciły nosem i brały śladowe ilości książek, teraz prosiły nas o wyłączność na resztę nakładu. Za każdą cenę! W miesiąc sprzedaliśmy wszystko, łącznie z moimi autorskimi egzemplarzami. Mam prywatne przekonanie, że późniejsza beatyfikacja Papieża była dla niego jakąś formą nagrody za ten nasz deal w Częstochowie. Karol Wojtyła bardzo nam pomógł.
CDN…
To jest tylko fragment rozmowy z Jackiem P. o tamtych czasach, ludziach i tamtym kalendarzu, który – jak się okazuje – wielu pamięta do dziś.
Jeśli chcesz przeczytać całość – ponad sto stron wspomnień, anegdot i rzeczy, których Jacek nigdy wcześniej nie opowiadał publicznie – zapisz się poniżej. PDF trafi do Ciebie od razu.
Bezpłatnie. Bez zobowiązań. Tylko KSM.
→