Wiesz, że wystarcza mi, bym zamknęła oczy? Tylko tyle.
Bo muza leci w odtwarzaczu ta sama, ciuchy w tym samym, niezmienionym od trzydziestu lat, stylu; nawet bandany noszę z tamtego okresu. Tylko w lustrze nieco starsze odbicie. I kalendarza nie mam przy sobie.
Byłam uzależniona od KSM. Wiesz jak jest teraz, nie? Kiedy wychodzisz i odruchowo sprawdzasz kieszeń czy masz komórkę? Ja tak miałam z kalendarzem. Obowiązkowo musiał być w plecaku. Szkoła, wyjazd w góry, koncert, spotkanie ze znajomymi – gdzie ja, tam mój KSM. Bo smarowaliśmy w nim wszyscy i na każdy temat.
W tych książeczkach było dosłownie wszystko – zdjęcia, rysunki, zapiski, rzęsa, która wypadła Krzyśkowi, a którą przykleiłam pod datą 21 lipca, „tajne” wpisy od kogoś, kto się dorwał do kalendarza, kiedy nie widziałam; nawet plama z lodów – czekoladowego rożka, którymi się zajadaliśmy jak opętani.
Miałam wszystkie wydania – od tego różowego egzemplarza, chyba 92/93. Ale najbardziej wkręciłam się w ósmej klasie. Od roku szkolnego 94/95 stałam się po prostu psychofanką Kalendarza Szalonego Małolata. Te pierwsze zapiski, z czasów, gdy miałam dwanaście lat, były komiczne. Co zjadłam, co powiedziała pani od historii, a co zaplanowali rodzice na weekend.
Później, już od ósmej klasy, kiedy wydawało nam się, że jesteśmy Dorośli (!), pisałam już trochę poważniej. Więcej było przemyśleń, jakieś uczucia, plany. W liceum pierwsze większe zakochania – każda fascynacja facetem drobiazgowo opisana i omówiona z przyjaciółką.
Co pamiętam z tamtych lat?
Śmiech. Swobodę. Beztroskę. Przyjaźń. I każde, absolutnie każde wakacje. Od podstawówki, po koniec liceum. Wszystkie letnie dni były podobne. Budziłam się sama, bez alarmu, z uśmiechem na gębuli, bo wiedziałam, że za chwilę zjem śniadanie i popędzę na boisko szkolne, gdzie powoli, do jedenastej, zbierze się cała moja paczka. Będziemy się wygłupiać, pleść bransoletki przyjaźni z muliny, chłopaki będą grać w kosza, a my, laski, będziemy im kibicować. A czasem zagramy z nimi, bo to był nasz osiedlowy sport. W międzyczasie ktoś skoczy do sklepu po pestki słonecznika, kilka butelek wody i flipsy o smaku pomidora, ktoś odmelduje się na kilka godzin, bo musi skoczyć ze starymi do jakiejś ciotki, ale pod wieczór i tak wróci, ktoś jeszcze inny wpadnie poinformować, że na tydzień wyjeżdża.
Śmieję się teraz, pisząc o tym, bo każda z nas miała to wszystko udokumentowane. Rozumiesz? Miałam takie notatki: Paula jedzie dziś w góry; mam nadzieję, że szybko napisze. I potem czekałam na te listy i wklejałam je do KSM.
Wiesz, że one nigdy nie były tak cienkie, jak wtedy, gdy je kupowaliśmy? Te nasze kalendarze? Puchły dosłownie w oczach. Na każdej niemal kartce były wklejone jakieś zdjęcia, kwiatki lipy albo jodłowe gałązki ze świątecznej choinki, listy (albo koperty) od przyjaciół. Ja nawet miałam przyczepioną bransoletkę przyjaźni, która się przetarła, a nie miałam serca jej wyrzucić, bo była pamiątką po czymś naprawdę ważnym. Czasem miejsca na własne zapiski było za mało, więc doklejaliśmy po prostu kartki z zeszytu i pisaliśmy dalej. Więcej. Dokładniej. Mieściło się to dopiero na trzech kartkach.
Ile w tym wszystkim było szczerości!
Wywalania wnętrzności i układania sobie wszystkiego, co gniotło w głowę. Nas i naszych przyjaciół. Tak, każdy mógł pisać u każdego. Była żelazna zasada, której chyba nikt nigdy nie złamał. Można było wziąć dowolny kalendarz i dopisać co się tylko chciało, ale nie wolno było czytać zapisków właściciela. I tak robiliśmy. Bezcenna pamiątka. Kiedy czytałam to po latach, płakałam jak bóbr – ze śmiechu, z sentymentu, z takiej dobrej nostalgii.
Wiesz jakie słowo mi się nasuwa, kiedy myślę o tamtej dekadzie?
Tolerancja.
Nie taka, jak dziś – wymuszona, poprawna i wręcz wymagana. Nie. My byliśmy tolerancyjni naturalnie. Nie wiedząc o tym.
Byliśmy grubi i chudzi, wysocy i niscy, brzydcy i ładni, kibicowaliśmy różnym drużynom, słuchaliśmy różnej muzyki, wychowaliśmy się w kociołku wyznań i narodowości, a w tamtych czasach w ogóle o tym nie myśleliśmy. Nie interesowaliśmy się polityką; koło tyłka mi latało z której strony wywodzi się prezydent albo czy Polska popiera ten czy inny kraj.
Biegałam na koncerty, grałam w kosza, pisałam pamiętnik i KSM, do szkoły chodziłam z przyjemnością, bo i w podstawówce, i w liceum miałam fantastycznych znajomych. Umawialiśmy się na boisku albo na polibudzie, leżeliśmy na trawie i gadaliśmy, gadaliśmy, gadaliśmy…
Bezcenny czas.
Frotka