Nieskromnie zacznę: w latach 90. byłem bodaj największym indywidualnym odbiorcą listów w całej Wielkopolsce… Jakim cudem?
W sumie ukazało się dziesięć wydań Kalendarza – ostatnie była kompilacją najciekawszych tekstów dekady, choć i w nim ukazało się wiele nowych, ciekawych listów.
Pierwszy KSM pojawił się latem 1991 roku i miał nakład 100 tysięcy egzemplarzy. Po publikacji przyszło do mnie kilka tysięcy listów.
Ale już pięć lat później rocznie przychodziło ich kilkadziesiąt tysięcy, by przekroczyć okrągłą stówkę w roku 1997.
Przez 10 lat wydawca sprzedał nie mniej niż 3 miliony egzemplarzy, a miejska legenda mówi, że nie mniej niż 5. Ale ja w legendy nie wierzę 😉
Pierwsza cena? KSM w roku 1991 kosztował około 18-25.000 zł (starych złotych). Dwa lata później już 49.000. Kalendarz z roku 1994 – 66 tysięcy, a ten z roku 1996 miał już dwie ceny: 13,5 i 135.000 – nowych i starych złotych.
Kiedyś liczyłem, ile listów (w całości, w części lub tylko w ułamku) udało mi się zmieścić i zatrzymałem się na liczbie 8,5 tysiąca. Tyle osób zobaczyło siebie na łamach KSM. Bywało, że brałem od Ciebie jeden wers, jedną myśl lub dowcip – albo całe wspomnienie.
Dostałem kilkadziesiąt propozycji matrymonialnych – wybaczcie mi, dziewczyny, ale byłem wtedy zajęty! Było to jednak miłe, zwłaszcza, gdy w ślad za ofertą kryły się piękne i zalotne zdjęcia…
Fajne czasy: ciekawe, czy któraś z Was przyznałaby się dzisiaj – Hej, Jacol, oświadczyłam Ci się kiedyś!?
Miałem z powodu Kalendarza 4,5 procesów sądowych – dlaczego „i pół”? Ponieważ w jednym przypadku skarżący się na mnie prokurator sam wycofał pozew… Ale w czterech pozostałych byłem górą.
Kalendarz był też pośrednią przyczyną wyrzucenia mnie z pracy; opowiadam o tym w rozmowie z Anuszką (PDF w sekcji Nostalgia).
Każde wydanie było dla mnie przeżyciem. Zaczynało się w styczniu – Ty wyjeżdżałaś na ferie, a ja zasiadałem do listów i tak trwało to do maja/czerwca. Noc w noc.
Większość książek składał Tomek Szukała, okładki projektowali: Zofia Kawalec-Łuszczewska (jej okładka z prezerwatywą i różańcem/medalikiem w tylnej kieszeni dżinsów wzburzyła tzw. środowiska) oraz Krzysztof Kain May, którego anarchizująca i prowokacyjna kreska była mi bardzo bliska.
W starych KSM były zdjęcia zespołów, pięknych facetów i fajnych dziewczyn, a raz nawet ukazała się moja fotka w bandanie i dżinsowej bluzie – ktoś to pamięta?
Na łamach było także kilka śmiesznych (dzisiaj) reklam, w tym promocja komputerowej wersji Kalendarza „Super Friend”, która się jednak nie przyjęła – w roku 1996 nie byliśmy wszyscy na to gotowi. Ale „Super Friend” dostał nawet branżową nagrodę, podobnie jak kilka kolejnych wydań KSM, nagradzanych w konkursie VIDICAL, w których członkiem jury był Waldemar Świerzy, a to nazwisko gwarantowało szlachetną bezinteresowność i profesjonalizm oceny.
Oprócz KSM ukazała się również hitowa „Ęcyklopedia Szalonego Małolata” i „Szczerbaty uśmiech Szalonego Małolata”, a po nich także zbiór poezji. Powstawały Kluby Szalonego Małolata, były wakacje szalonych Małolatów nad jeziorem w Margoninie (wiele osób tam poznałem podczas wieczornych spotkań) i były dziesiątki mniej lub bardziej spontanicznych inicjatyw.
A wszystko to w szalonej dekadzie lat dziewięćdziesiątych, z klimatem, którego można dziś tylko pozazdrościć – odkrywaliśmy dosłownie wszystko, od wolności osobistej po nowe kolory w przestrzeniach naszych miast, od muzyki po kapitalizm i świat, który wcześniej był poza zasięgiem naszej wyobraźni i poza granicą pozwoleń. Ech… Szalone czasy.
Jacek P.