Nostalgia. Przeżytek czy wewnętrzna siła?
Nie podejrzewam siebie o sentymentalizm. Już bardziej o szelmostwo. Anuszka powiedziała mi dzisiaj, że nie lubi we mnie tej durnowatej szlachetności, która każe przepuszczać panie przodem i brać od nich kilof, gdy chcą przekuć ścianę w lepsze jutro.
A ja nie wiem. Mnie tak wychowano. Panie przodem, bo może za drzwiami będzie przepaść 😉 A kilof tylko w męskiej dłoni, bo kto jak nie my – rycerze wiecznych wojen o nic – może nim władać i błyszczeć przed naszymi kobietami?
Sentymentalny Kalendarz? No, nie wiem. Nie dam rady. Ale nie dam też rady, żeby był jajcarski. Za dużo jajcarzy wokół, żebym chciał i umiał dorównać.
Ale nostalgicznie będzie na pewno: już się cieszę. Bo kto nam broni?
Spróbuję powspominać (wiem, że to nikogo nie interesuje, ale i tak chciałbym), na przykład o tym, jak w małolackich latach uczyła mnie całować pewna konkubina. Albo jak stawiałem sobie włosy na cukier, a one wściekle mi opadały i nie dałem rady zostać pre-punkiem. Albo o hipisach. I jeszcze o tylu różnych rzeczach, że aż zapomniałem o ilu.
A na serio: fajnie jest wspominać, ale jeszcze lepiej jest żyć do przodu. Teraźniejszyć sobie i dumać, co to będzie, co to będzie. Nic nie będzie. Będzie jak u dzielnego Wojaka Szwejka – jeszcze nigdy tak nie było, żeby jakoś nie było.
Więc tak. Już się cieszę. Jakoś to będzie. Wierzę.
Jacek